Wróciłam do Francji tydzień wcześniej niż planowałam, nikomu nie mówiąc, tylko po to, by zrobić niespodziankę moim dwójce dzieci… ale gdy tylko przekroczyłam bramę willi, widok, który miałam przed oczami, wbił mnie w ziemię.
„Może poczekać”.
To proste słowo wywołało na jego twarzy coś, czego nie widziałam od dawna.
Dziecięcy uśmiech.
Nie ostrożny uśmiech.
Nie wymuszony uśmiech.
Szczery.
Rok po moim powrocie willa w Cassis znów stała się domem.
Nie tylko piękną posiadłością z widokiem na morze.
Domem.
Nie było już krzyków w ogrodzie.
Nie było już misek zbyt dużych dla małych dziewczynek.
Nie było już worków na śmieci na ramionach mojego syna.
Zamiast tego w salonie słychać było dźwięk fortepianu Elise, czasem fałszujący, czasem niepewny, ale zawsze żywy.
Modelki Louisa stały w rzędzie na całej półce w biblioteczce.
Marthe piekła naleśniki w środy.
Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !