Wróciłam do Francji tydzień wcześniej niż planowałam, nikomu nie mówiąc, tylko po to, by zrobić niespodziankę moim dwójce dzieci… ale gdy tylko przekroczyłam bramę willi, widok, który miałam przed oczami, wbił mnie w ziemię.
Piliśmy popołudniową herbatę na tarasie: pain au chocolat, magdalenki, truskawki i gorącą czekoladę.
Wieczorami czytałem Élise bajki, aż zasnęła.
Z Louisem budowałem jego modele łodzi.
Znał już nazwy kilku portów: Marsylii, Hawru, Antwerpii i Genui.
Ale przez kilka tygodni zaciskał dłonie, gdy dorosły podnosił głos.
Élise natomiast często budziła się w nocy.
Bała się odgłosu obcasów na korytarzu.
Kiedyś schowała się pod łóżko, bo Marthe po prostu upuściła tacę.
Zatrudniłam jedną z najlepszych psychologów dziecięcych w Marsylii.
Przychodziła dwa razy w tygodniu.
Powiedziała mi coś, czego nigdy nie zapomnę:
„Panie Morel, pańskie dzieci nie potrzebują tylko usłyszeć, że to koniec. Muszą widzieć to na własne oczy, dzień po dniu”.
Wtedy zrozumiałam, że przeprosiny nie wystarczą.
Potrzebowali kogoś obecnego.
Konsekwencji.
Cierpliwości, która będzie w stanie naprawić to, co moja nieobecność zniszczyła.
Pewnego jesiennego wieczoru, gdy mistral dął w okiennice, poszłam położyć dzieci do łóżek.
Elise już spała, ściskając swoją prowansalską lalkę.
Louis jednak nie spał.
Wpatrywał się w sufit.
„Tato?”
Usiadłam na brzegu jego łóżka.