Miałam pięćdziesiąt dwa lata, świeżo po rozwodzie, i poszłam do schroniska po coś prostego. Zamiast tego wróciłam do domu ze starym kotem, który już pierwszej nocy położył się dokładnie tam, gdzie bolało mnie najbardziej.
Nie wiedziałam.
A potem, mniej więcej tydzień po tym, jak przywiozłam go do domu, usiadłam wieczorem na dywanie w salonie i rozpłakałam się tak brzydko, jak nie płakałam od miesięcy.
Nie elegancko.
Nie cicho.
Tylko tym płaczem, który trzęsie barkami, rozgrzewa twarz i zawstydza nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Nie płakałam już wtedy naprawdę po byłym mężu.
Nie tylko.
Płakałam, bo czułam się odłożona na bok.
Bo zaczynałam od nowa w wieku, w którym wszyscy inni wyglądali na dawno urządzonych.
Bo nie poznawałam własnego życia.
I bo było mi wstyd, że aż tak mnie to boli.
Leon siedział przez cały ten czas pod fotelem.
Wiedziałam, że tam jest.
Nie patrzyłam na niego.
Aż w pewnym momencie usłyszałam powolny, miękki szelest jego łap na dywanie.
Wyszedł z ciemności.