Poszłam do schroniska dla kotów w sobotę, w chłodny marcowy poranek, i przez całą drogę wmawiałam sobie, że robię coś rozsądnego.
Nowy początek.
Tak to nazywałam.
Tak mówiłam siostrze przez telefon. Tak odpowiadałam sąsiadce, która zapytała, dokąd jadę tak wcześnie. Tak tłumaczyłam to nawet sobie, stojąc później przy pierwszym rzędzie klatek i próbując wyglądać na kobietę, która coś w życiu świadomie wybiera, a nie na taką, która po prostu nie znosi już ciszy we własnym mieszkaniu.
Prawda była mniej ładna.
Nie szukałam nowego początku.
Szukałam czegoś łatwego.
Czegoś młodego, zdrowego, niewymagającego. Czegoś, co nie będzie mi codziennie przypominać, jak szybko człowiek może wypaść z własnego życia, kiedy przychodzą podpisy, pieczątki, podział rzeczy i nagle stół, przy którym latami jadło się we dwoje, staje się za duży dla jednej osoby.
Po rozwodzie wszystko w mieszkaniu zaczęło wydawać dźwięki.
Lodówka buczała za głośno. Zegar w kuchni stukał tak, jakby mnie upominał. Wieczorami telewizor grał nie po to, żebym go słuchała, tylko po to, żebym miała dowód, że ludzki głos jeszcze gdzieś istnieje. A i tak po godzinie orientowałam się, że nie pamiętam ani jednego zdania.
Miałam pięćdziesiąt dwa lata i dziwne wrażenie, że wszyscy inni już gdzieś dopłynęli.
Dzieci odchowane. Małżeństwa albo szczęśliwe, albo przynajmniej przyzwoicie poukładane. Kredyty spłacane odruchowo. Wakacje planowane z wyprzedzeniem. A ja nagle jak ktoś, kto wysiadł na złej stacji i stoi z walizką, choć nie ma dokąd iść.
Dlatego do schroniska weszłam z gotowym planem.
Wezmę kota młodego.
Najlepiej spokojną kotkę.
Bez chorób.
Bez historii.