Wzdłuż ulicy stały zaparkowane motocykle. Co najmniej dziewięć. A mężczyźni stali na drabinach. Na ganku. Wzdłuż domu. W ciemności. Z lampami roboczymi przymocowanymi do kozłów.
Malowali dom mojej mamy. Na różowo.
Nie łososiowo. Nie różowawo. Jaskrawy, wyrazisty, jednoznaczny róż.
Chwyciłem telefon i prawie zadzwoniłem na 911. Wtedy jeden z nich zauważył mnie w oknie. Prawdziwy gość. Lekka broda. Wałek do malowania w dłoni.
Nie uciekł. Po prostu skinął głową i wrócił do malowania.
Wyszedłem na zewnątrz w piżamie. Boso. Trzęsąc się z zimna. Nie przeszkadzało mi zimno.
„Co robisz?” zapytałem.
Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !