Miałam pięćdziesiąt dwa lata, świeżo po rozwodzie, i poszłam do schroniska po coś prostego. Zamiast tego wróciłam do domu ze starym kotem, który już pierwszej nocy położył się dokładnie tam, gdzie bolało mnie najbardziej.
— I co, profesorze, kontrola mieszkania wypadła pomyślnie?
A on wtedy mrużył oczy tak powoli, jakby odpowiedź brzmiała: na razie warunkowo.
Oswajał mnie po trochu.
A może to ja oswajałam siebie przy nim.
Po rozwodzie najgorsza nie była nawet samotność.
Najgorszy był sposób, w jaki człowiek zaczyna o sobie myśleć.
Jak o czymś nieudanym.
Jak o wersji gorszej niż wcześniej.
Jak o kimś, kto został odłożony przez życie na półkę z napisem „za późno”, „za dużo”, „już nie pierwszej świeżości”.
I nagle ten stary, dziwny kot, którego nikt nie chciał, chodził po moim mieszkaniu i zachowywał się tak, jakby to wszystko nie miało najmniejszego znaczenia.
Nie przepraszał za swój wiek.
Nie udawał młodszego.
Nie próbował być łatwiejszy do pokochania.