
Złożyłam więc pozew. Rozwód odbył się bez krzyku, bez nienawiści. W kancelarii adwokackiej Julien wydawał się skurczony, z zaciśniętymi dłońmi.
„Myślałem, że wszystko jest w porządku” – mruknął.
„Przeżyliśmy” – odpowiedziałem. „To nie to samo”.
Po podpisaniu dokumentu prawnik zaproponował nam kawę, żeby wszystko dokończyć. W tym ciepłym miejscu przez chwilę myślałem, że zakończenie będzie polubowne, dopóki Julien nie zamówił czegoś dla mnie, po raz kolejny. Coś pękło.
„Nie” – powiedziałem. „Sam podejmę decyzję. Właśnie dlatego odchodzę”.
Wstałem i wyszedłem.