Reklama

„Żebraku. Trzymaj się z daleka od mojego syna” – upokorzyła mnie teściowa.

Reklama
Reklama

Pożyczyłem buty sąsiada z sypialni.

Wykonałam makijaż najlepiej jak potrafiłam.

Walentyna Pietrowna spojrzała na mnie, gdy tylko weszłam, i od razu zrozumiałam: poniosłam porażkę.

W jego oczach było tyle pogardy, że chciałam się odwrócić i uciec.

„To ty, Masza?” wyszeptał, nawet nie wyciągając ręki.

—Artemus wiele mi o tobie opowiadał…

Ojciec Artema, Wiktor Stepanowicz, okazał się człowiekiem prostszym.

Uścisnął mi dłoń, uśmiechnął się i nawet odsunął krzesło.

Jednak jego żona jednym spojrzeniem szybko postawiła go na nogi.

Pierwsza godzina upłynęła na napiętych rozmowach.

Walentyna Pietrowna pytała o moich rodziców (zmarli, gdy miałam piętnaście lat), o moją pracę (pracuję jako korepetytorka) i o moje mieszkanie (wynajmuję pokój).

Z każdą odpowiedzią jego twarz robiła się coraz bardziej kwaśna.

„A czym się zajmujesz, kochanie?” zapytała szczególnie głośno, gdy kelner przyniósł danie główne.

—Stypendium i praca na pół etatu.

—To wystarczy.

„Wystarczy?” zaśmiała się.

— Czy sukienka z zeszłorocznej kolekcji Zary wystarczy?

„Mamo!” Artem ścisnął moją dłoń pod stołem.

— Co, „mamo”?

— Mam prawo wiedzieć, jaką dziewczynę sprowadziłeś do naszej rodziny!

Kulminacyjnym momentem było podanie deseru.

Walentyna Pietrowna wypiła już trzy kieliszki wina i była całkowicie roztrzęsiona.

„Wiesz, Maszo” – zaczęła słodkim głosem – „sprawdziłam wszystko, co cię dotyczy”.

— Genialny, osierocony student, który żyje ze stypendium… Rozgrzewające serce.

— Ale mój syn zasługuje na coś więcej niż żebraka w akademiku.

„Mamo, przestań!” Artem wstał od stołu.

„Usiądź!” – warknął.

— Jeszcze nie skończyłem!

Zwróciła się do mnie:

—Jak długo musisz zniknąć?

Pięćset tysięcy? Milion? Podaj cenę.

W restauracji zapadła cisza.

Siedzący przy sąsiednich stolikach ludzie przestali żuć i zaczęli się nam przyglądać.

Kelnerzy zamarli.

„Nie jestem na sprzedaż” – odpowiedziałem cicho.

— Wszystkie są na sprzedaż, kochanie.

— Każdy po prostu ma swoją cenę.

—Twoja na pewno nie jest wysoka.

Wtedy złapał mnie za rękę i zobaczył, że próbuję podnieść torbę.

Myślała, że ​​uciekam.

I kontynuowała swoją tyradę na temat żebraka i ochrony.

Artem dzwonił całą noc.

Nie odpowiedziałem.

Następnego ranka przyszła wiadomość: „Przepraszam. Już z nią nie rozmawiam. Kocham cię”.

Nie odpowiedziałem.

Dzwonek do drzwi zadzwonił o siódmej rano.

Walentyna Pietrowna stała na progu.

Bez makijażu, ubrana w prosty dres, wyglądała jak normalna, zmęczona kobieta.

—Czy mogę wejść?

„Dlaczego?” Nie otworzyłem już ust.

— Artem… Wyszedł wczoraj.

—Powiedział, że jeśli nie przeproszę, nie będzie ze mną rozmawiał.

– Nigdy.

—I przyszedłeś przeprosić?

Ona milczała.

Następnie wyjął telefon:

— Wczoraj po południu odebrałem telefon od Gieorgija Pawłowicza Miedwiediewa.

—Znasz to imię?

Milczałem.

— Właściciel „Medvedev-Development”.

—Powiedział, że obraziłem jego chrześnicę.

—Jego jedyny spadkobierca.

– No i co z tego?

—Masza… Przepraszam.

– Nie wiedziałem…

„Czyż nie jestem żebrakiem?” – przerwałem.

„Że mój dziadek zostawił mi udziały w firmie, które otrzymam, gdy skończę dwadzieścia pięć lat?”

— Czy otrzymuję stypendium specjalnie po to, żeby nauczyć się wszystko rozwiązywać samodzielnie?

— Czy ubieram się prosto, bo nie chcę chwalić się pieniędzmi na uniwersytecie?

Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !

Reklama
Reklama